Wracam do gry

W kwietniu wyjechałyśmy z przyjaciółką na cztery dni nad morze. Tak z bomby, ja zaproponowałam, ona się zgodziła, booking.com, stylowy apartamencik, auto pierwsza klasa, muzyczka gra, autostrada do nieba, jedziemy.
W telewizji informacyjnej zapowiadali kataklizm pogodowy, ale tam widocznie był mikroklimat bo słońce świeciło przez cały pobyt. Cudowny pobyt, zawsze miałyśmy tendencje do smęcenia, każde spotkanie kończyłyśmy jakimiś nierealnymi do osiągnięcia postanowieniami i najczęściej pizzą, ostatnią w życiu, oczywiście.
Tym razem było odwrotnie. Nagadałyśmy się za wszystkie czasy, wypiłyśmy trochę wina, jadłyśmy niewiele, bo albo nie było na to czasu albo otwartego sklepu. Zresztą nie w głowie było nam jedzenie, dużo spacerowałyśmy, wdychałyśmy jod i wyjątkowo intensywnie się śmiałyśmy.

Minione dwanaście miesięcy obfitowało w wiele ważnych wydarzeń, dobrych i niedobrych. Zdiagnozowali u mnie poważną, nieuleczalną chorobę. Rozpaczałam około dwudziestu minut, po tym jak lekarka wyprosiła wszystkich z sali i podała wyniki, które potwierdziły przypuszczenia. A więc jednak, nie jestem niezniszczalna. Od kilku miesięcy przyjmuję leki, nie wyzdrowieję od nich, ale założenie jest takie, że choroba nie będzie się posuwać, w każdym razie nie tak szybko, jakby mogła. Nie myślę o tym, cieszę się każdym dniem, staram się dużo chodzić, póki jeszcze mogę i być aktywna. Nie będę miała dzieci. Lekarze oczywiście mówią, że nie jest to wykluczone, możemy za kilka lat przerwać zastrzyki, zajść, urodzić i wrócić do terapii, ale nie zamierzam ryzykować. Maluszek mógłby być wolniejszy niż rówieśnicy, mój stan mógłby się radykalnie pogorszyć, kto by o niego dbał? Sorry, odpadam. To nawet dobrze, nie czuję presji, że coś powinnam, że nie spełniłam oczekiwań i takie tam. To już koniec na temat mojego zdrowia, nie planuję więcej o nim wspominać, chyba, że diametralnie się coś zmieni i poczuję nieodpartą ochotę powrotu do tej sprawy. Tymczasem bilans roczny wyszedł na plus, mimo, że bardzo nagle umarła moja babcia, mama taty, nie byłam z nią zżyta, jak z moją ukochaną, która od siedmiu lat siedzi sobie na jakiejś chmurce i ingeruje w moje sprawy, kiedy jest potrzeba, ale smutek zawsze towarzyszy takim chwilom. BTW, Babciu, siedzisz i nie grzmisz, może byś mi tego Michaela zesłała, co kochana? Byłabyś zadowolona, mądry, przystojny, na stanowisku, niezbyt egzaltowany… Przemyśl to Babciu, proszę Cię.

Na początku roku zrobiłam remont małego pokoju u dziadka w mieszkaniu. Jest cudowny. Wydałam na niego majątek, ale warto było. Został już tylko przedpokój, kuchnia i dwa pokoje, do siedemdziesiątki może się wyrobię.
Męczyła mnie praca, atmosfera była w niej fatalna, bez problemu można by było zrobić o niej odrębny wpis, ale to bez sensu, już prawie nie pamiętam co było złe, pamiętam tylko, że było. Wyrychtowałam sobie cv, bo znalazłam superogłoszenie na pracuj.pl. Fajna firma, w jednym z najnowocześniejszych biurowców w mieście, strasznie się podpaliłam. Zależało mi tak bardzo, że poprosiłam znajomego Australijczyka o rzucenie okiem na moje dokumenty aplikacyjne, żeby niczego nie zawalić. Zaaprobował, odesłał, załączyłam do ogłoszenia, kliknęłam „aplikuj” – przykro nam, rekrutacja została odwołana, może zainteresują cię inne nasze oferty. Siarczystą tą prostytutką wtedy rzuciłam, oj bardzo. Zapaliłam papierosa, myślę sobie, trudno Bóg tak chciał, ale szkoda jednak. Po chwili odświeżyłam ekran, który wygasł i zobaczyłam komunikat: „a może to Cię zainteresuje…”. Biurowiec ten sam, firma znajoma, ale raz już brałam udział w ich rekrutacji i cofnęli wakat, bez sensu. Z drugiej strony, myślę sobie, może wysłać, przecież wcale nie muszą oddzwonić, a szkoda, żeby takie piękne cv, z dzisiejszą datą już w pdfie się zmarnowało. Treść właściwie mogła śmiało zostać ta sama, dobra, wyślij. Babeczka zadzwoniła nazajutrz. Następnego dnia zadzwoniła jej szefowa. Następnego dnia szłam na osobiste spotkanie do firmy. Rekrutowała mnie ta sama menedżerka co za pierwszym razem. Powiedziałam jej nieopatrznie, że już miałyśmy sposobność rozmawiać, stwierdziła, że chętnie spojrzy, jaki raport wtedy napisała na mój temat. Idiotko, nie przyjęli cię wtedy, trzeba było się nie odzywać. Na spotkaniu byliśmy w trójkę, tym razem towarzyszył jej szef. Rozmawialiśmy długo, oczywiście po angielsku. Nie byłam zadowolona. Zadali mi dwa pytania, których nie zrozumiałam, więc nie miałam pojęcia jak na nie odpowiedzieć. Cały czas z tyłu głowy słyszałam głos „nie mów, że nie wiesz, nie mów, że nie wiesz”. No i nie mówiłam. Nic. Siedzieliśmy naprzeciwko siebie i czekałam, że zrezygnują. Laska autystyczna, nie ma innej możliwości. Trudno, i tak nie miałam przekonania… Następnego dnia wyszłam z pracy i w drodze do auta zadzwonił telefon. HRka z mojej niedoszłej firmy, chciała wiedzieć, jakie mam wrażenie po rozmowie, czyli naprawdę myślą, że jestem chora i szkoda im się zrobiło. To jej powiedziałam, że fatalnie, że szefowie byli oczywiście bardzo mili, ale położyłam tą rozmowę, a najgorsze, że mówiłam prawdę i gdybym miała drugą szansę mówiłabym to samo, ale miło, że pyta. W słuchawce zapadła cisza, znów coś chlapnęłam głupiego. „Wie pani, (odezwała się w końcu) dziwi mnie co pani mówi, bo dostałam bardzo pozytywny feedback na temat tej rozmowy i dzwonię, żeby zaproponować pani pracę”.

Początki były trochę trudne. Przede wszystkim dlatego, że czułam się tak, jakbym ze wsi do miasta przyjechała. Ten biurowiec, naszprycowany elektroniką, na dodatek wszystkie instrukcje po angielsku, no wściekli się z tym angielskim, przecież jesteśmy w Polsce. Setki obcych ludzi, gwar, skąd oni wiedzą dokąd iść i którymi drzwiami? Wszystkie są jednakowe.
Sama robota… no cóż, do tej pory tak jakby ratowałam świat. Dbałam o to, żeby dzieci na świecie miały książki, żeby Skandynawom nie zabrakło tej ich lukrecji, żeby ludzie mieli w domu klej dobry na wszystko, a tutaj… Z początku wyzwanie, nowe tematy, nowa terminologia, ale żeby szukać powodów, dla których faktury są zablokowane, przez następnych kilka lat? Pierwszy tydzień OK, drugi tydzień OK, ale w trzecim nie za bardzo wiedziałam czego jeszcze się uczyć. Mówiłam to nawet w czasie spotkań z przełożonymi, że jestem zadowolona, niemniej zaskoczona, z ogłoszenia wywnioskowałam coś zupełnie innego w porównaniu z tym co rzeczywiście robię. Pocieszali mnie, że z czasem dojdą nowe obowiązki. Nie dramatyzowałam, zależało mi na pracy w korporacji po to, żeby jeszcze więksi gracze wzięli pod uwagę moją kandydaturę, kiedy zdecyduję się do nich rekrutować. Pomyślałam więc, że się przemęczę i w odpowiednim czasie ucieknę. Zniechęcające też trochę było to, że nie miałam kontaktu z ludźmi z zewnątrz. Zakładałam koszulki, luźne dżinsy i adidasy. Może warto byłoby ubierać się ładniej, na wypadek gdyby ktoś przyszedł, ale takiej opcji też nie było, bo nikt obcy nie posiadał karty, która wpuściłaby go do naszego biura. Pewnego dnia pojawiła się szansa na zmianę sytuacji. Dziewczyna, która była ekspertem w naszym dziale powiedziała mi, że złożyła wymówienie. Moje odczucia były ambiwalentne, stosunki między nami zaliczam do dość napiętych, więc nie zmartwiłam się nowiną. Za chwilę jednak uświadomiłam sobie, że przejmę dział. Pobladłam, ale na chwilę, bo dziewczyna miała trzy miesiące okresu wypowiedzenia, więc jeszcze dużo czasu przede mną, żeby naprawdę solidnie się wszystkiego nauczyć. Spokój w moim sercu nie trwał jednak długo, ponieważ okazało się, że ma też mnóstwo niewykorzystanego urlopu, firma nie chce wypłacać ekwiwalentu i właściwie jeśli koleżanka sobie życzy to może już iść. Poszła.

Pierwszego dnia jej nieobecności idąc do pracy okropnie zmokłam, jak każdy tego dnia. Wichura połamała nam parasolki, a woda dostała się w każde miejsce na ciele. Kiedy weszłam do biura, moje mokre buty ochlapały całą wykładzinę. Było mi zimno, nieprzyjemnie, nie miałam nic na przebranie, z wyjątkiem butów. Zawsze mam przy sobie szpilki na wszelki wypadek. To był ten wypadek. Schłam powoli, ale przynajmniej było mi ciepło w stopy. To dzień, w którym pierwszy raz przyszedł Michael z poprzedniego wpisu. Ty Babciu jednak czujna jesteś myślę sobie, wiedziałaś co robisz zmuszając mnie do pozbycia się starych mokasynów na rzecz cudnych, niebieskich czółenek, dziękuję.
Tego dnia zmieniło się jeszcze coś. Odpaliłam outlooka, a kalendarz w nim pękał od spotkań. To było niesamowite. Dziś, właściwie nie pracuję już tak jak miałam na początku. Wspieram innych, jeśli mają pytania, pomagam, tłumaczę, ale przede wszystkim realizuję projekty, do których kieruje mnie szefowa. Właśnie zostałam koordynatorem pewnego nowego, którego szefem w zakresie zasobów i zamówień jest… wiadomo kto. W korporacji poczułam się, jak ryba w wodzie. Zdaję sobie sprawę z tego, że teraz inni na mnie patrzą i zastanawiają się skąd wiem dokąd iść. Wysokie obcasy stały się moim atrybutem, nawet w piątki, w które ubieramy się na luzie zakładam adidas superstar up. Dobrze mi z tym. Odzyskuję pewność siebie, czasami nawet czuję się, jak ja piętnaście lat temu. To jest niesamowite, jak w życiu wszystko potrafi się zmienić w jednej chwili. Doświadczenie tylko uczy, żeby pozostać pokornym, bo te zmiany bywają różne. Jedno jest pewne, do końca tego życia nie będziemy wiedzieli co się za moment stanie.

Lekarstwo na kryzys